×

“Żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce”

To chyba najczęściej używane powiedzenie, które można usłyszeć na biurowych korytarzach w poniedziałkowe poranki. 

Może nawet już je dziś słyszałeś?

Sama nie wiem, czy więcej w tym stwierdzeniu rozmarzenia nad tym, jakby to było pięknie, gdybym zrealizował te wszystkie cele, które chodzą mi po głowie, czy też więcej uciemiężenia, mającego odzwierciedlić, w jak głębokim, energetycznym dole znajduje się obecnie cytujący.

Pytanie jest jednak inne.

Skąd w ogóle pomysł, że zawsze musi Ci się chcieć?

Mózg jest z natury leniwy.

Jeśli ma wybór, prędzej wybierze przyjemność i wygodę, zamiast wysiłku i dyskomfortu.

To, że natura podpowiada nam taki wybór, nie oznacza, że zawsze należy jej słuchać.

Zastanówmy się przez chwilę, co dla naszego mózgu oznacza „efektywnie”.

Efektywnie to tak, aby zużyć jak najmniej energii. Kropka.

Zwróć uwagę, że umysł zawsze dąży do optymalizacji i ogranicza wydatki energetyczne, gdzie się tylko da.

To dlatego każdą powtarzającą się czynność próbuje zamienić w nawyk. I to niezależnie od tego, czy jest to czynność wpierająca, czy też nie.

My jednak efektywność pojmujemy inaczej i mierzymy ją, nie tylko w ilości wydatkowanej energii, ale również w efektach na jakie ją zamieniamy.

Wiedząc o tych naturalnych odruchach musisz użyć swojej siły woli, aby działać pomimo.

Nieskromnie przyznam, że doszłam już w tym niemal do perfekcji, a to dlatego, że od ponad roku równolegle pracuję na pełen etat i prowadzę własną działalność gospodarczą.

Nie będę Was oszukiwać. 

Rozwijanie własnego biznesu „po godzinach” oznacza, że prawie zawsze Ci się nie chce.

Znajdzie się wielu, którzy nawet przyklasną, że przecież „ma prawo się nie chcieć” w końcu masz za sobą cały dzień pracy.

Zastanówmy się jednak, co by się wydarzyło, gdybym działała tylko wtedy, gdy mi się chce?

Cóż, najpewniej nie nagrałabym dwóch kursów online, nie prowadziła szkoleń, konsultacji, webinarów, nie pisałabym dla Ciebie co tydzień tych postów i nie nagrywała nowego podcastu (tak, tak premiera w sierpniu!!). 

Jedyny czas, kiedy mogę się w pełni skoncentrować na biznesie, wstać rano i stwierdzić: „chce mi się!” – jest w weekend. 

To trochę za mało.

Musiałam się więc nauczyć, jak przełamywać swoją niechęć do działania i działać pomimo.

Pomimo, że mi się nie chce.

Pomimo, że nie do końca wiem jak.

Pomimo, że się boję.

Mam wiele sprawdzonych sposobów, których używam, aby „przekonać” siebie do działania, dziś zdradzę Ci jeden z nich.

Nie znalazłam jeszcze nazwy dla tej metody, dlatego roboczo nazwijmy ją więc: „tylko jedna rzecz, tylko przez minutę”.

Kiedy na przykład mam do napisania kolejny rozdział książki, a weny ani widu ani słychu, to obiecuję sobie, że napiszę tylko pierwsze dwa zdania. Dwa zdania i koniec. I szczerze pozwalam sobie na to, że jeśli po tych dwóch zdaniach, wena się nie zjawi – to kończę. 

Ale tak się jakoś zawsze składa, że jak już zacznę, to napiszę całość. Nagle pojawia się energią, chęć dokończenia zadania i otrzymania nagrody, w postaci satysfakcji na samym końcu.

Co ważne, to działa równie dobrze w przypadku porządków (umyję tylko jedno okno, odkurzę tylko przedpokój itp.), ćwiczeń (tylko jedno kółko wokół jeziorka, tylko 5 basenów), czytania, przeglądu skrzynki mailowej, organizacji dokumentów, słowem – wszystkiego.

W większości przypadków jest to oczywiście jawne oszustwo mojego umysłu, ale o dziwo, prawie zawsze działa!

Tak więc spróbuj i daj znać, czy działa również u Ciebie 😉

Dobrego tygodnia!
Anita Kowalska